Straszne Herody, waląca się podłoga i polowanie na świętego Mikołaja. Do tego pożar, zasypane śniegiem drogi i cucenie dziadka syropem dla dzieci. A w tym wszystkim zwierzęta, które nie słuchają ludzkiego głosu, kolędy śpiewane w Betlejem, miłość, radość i same piękne wspomnienia, które przywołali dla nas mieszkańcy naszego regionu.
Usiądźcie wygodnie, bo to świetna lektura pod choinkę!
Dariusz Czaja, wiceprezes Towarzystwa Ziemi Głogowskiej
Jako kilkuletni brzdąc spacerowałem ze swoim chrzestnym w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki, ale przede wszystkim Gwiazdora. Wyszliśmy na jedno z głogowskich osiedli z latarką – bo w grudniu szybko robi się ciemno – jednak żadnej postaci z workiem pełnym prezentów nie udało się nam wypatrzyć. Zawiedziony wróciłem z wujkiem do domu, a tu wielka niespodzianka: prezenty czekają już pod choinką! Radość była nie do opisania. Jednak zastanawiałem się, jak to możliwe, że Gwiazdorowi, mimo moich bacznych obserwacji, udało się jakoś prześliznąć.
W ogóle jako kilkulatek co roku miałem pecha w tej nierównej walce na wyśledzenie Gwiazdora, przynoszącego prezenty pod choinkę. Albo spacerowałem w jego poszukiwaniu, albo akurat się kąpałem. Rodzice zajęci przygotowaniami do świąt też nikogo nie widzieli. Cóż, widać był o wiele sprytniejszy ode mnie…
Piotr Strzelecki, prezes Górniczego Chóru Męskiego przy Zakładach Górniczych Lubin
Każdy rok niesie dla nas ogrom przeżyć, które pozostają w naszych sercach i pamięci po licznych koncertach kolędowych w kraju i za granicą. Szczególnie wspominamy pasterkę, która odbyła się w Ziemi Świętej we wrześniu (tak, tak) 2009 roku. Byliśmy wtedy w Betlejem, gdzie w Bazylice Narodzenia Pańskiego w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej odbyła się msza z udziałem naszego zespołu. Śpiewaliśmy polskie kolędy. Celebransem był o. Jerzy Kraj z Franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej. Na pasterce była również przypadkowo pani Janina Ochojska z Polskiej Akcji Humanitarnej z grupą pielgrzymów. Tego nie da się zapomnieć.
Wcześniej, w latach 90. chór często wyjeżdżał w okresie kolędowym na Kresy, gdzie w spartańskich zimowych warunkach, na przykład na Wileńszczyźnie, zdarzało się, że w nieogrzewanych pokojach, w których nocowaliśmy, w szklankach zamarzała woda. Rekompensatą były przeżycia i wzruszenia w czasie koncertów kolęd polskich. Były łzy wzruszenia i ogromne emocje wśród naszych rodaków, które i nam się udzielały.
Anna Gątowska, dyrektor Legnickiej Biblioteki Publicznej
Gdy wspominam Wigilię, sięgam pamięcią do najmłodszych lat. Kiedy byłam mała, moja babcia przygotowywała słodkie mleczko makowe zamiast kutii. Wraz z bratem uwielbialiśmy je pić. Problem w tym, że strasznie chciało nam się później spać, a zawsze szliśmy całą rodziną na pasterkę. Szukaliśmy wtedy najróżniejszych sposobów, by zostać w domu i po prostu pójść do łóżek. Czasami, w drodze wyjątku, to się udawało, ale zwykle musieliśmy iść z resztą rodziny. I dyskretnie podsypialiśmy wtedy, a rodzice budzili nas tylko, gdy trzeba było wstać.
To także w dzieciństwie zniechęciłam się do karpia, którego nie jem do dziś. W latach 80., kiedy były duże problemy z ich dostępnością, moja babcia kupiła przerośniętą rybę. Pamiętam nieprzyjemny zapach mułu, który czułam podczas smażenia. A że każdy musiał spróbować wszystkich potraw na wigilijnym stole, i ja miałam tego karpia w ustach, choć strasznie mnie mdliło. Od tamtej pory nie tylko nie tknę karpia, ale też nie pomogę w jego przygotowaniach. Ta niechęć przeniosła się zresztą na wszystkie ryby słodkowodne, które omijam szerokim łukiem.
Ks. Stanisław Brasse, proboszcz parafii pw. Świętego Mikołaja w Głogowie
Pamiętam takie szczególne święta. Było to w kościele w Zielonej Górze, który był przez lata budowany i pierwsza pasterka, która odbywała się w tej parafii, odbywała się w świątyni jeszcze bez dachu i okien. Tam, na prowizorycznym ołtarzu, pod gwiaździstym niebem, była sprawowana Eucharystia. Rodził się Chrystus. To było bardzo wzruszające dla wielu osób, które wtedy uczestniczyły w tej pasterce.
Wiele tych osób po latach do tego wraca uświadamiając sobie, że Chrystus też narodził się w ubogim miejscu, w betlejemskiej grocie. To były wzruszające święta, do których często wracam.
Klaudia Biernacik, liderka „Szlachetnej Paczki” w Lubinie
Moje świętowanie zaczyna się na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, w „weekend cudów”, czyli wielki Finał Szlachetnej Paczki, podczas którego rodziny zostają obdarowane. Po tym weekendzie pozostają piękne wspomnienia. W pamięć zapada radość i uśmiechy, które goszczą na twarzach rodzin. Łzy wzruszenia, ogrom uścisków, okrzyki radości i śmiech dzieci. W jednym miejscu gromadzi się mnóstwo osób o szczerych i dobrych sercach, niosących pomoc ludziom potrzebującym.
Finał łączy ludzi, łączy darczyńców, wolontariuszy, rodziny, które otrzymują pomoc. Warto przeżyć coś takiego choć raz, żeby potem móc przez całe życie wspominać, jak wiele dobroci jest na świecie. Warto dać coś od siebie, bo później to dobro wraca ze zdwojoną siłą.
Antoni Duszeńko, mieszkaniec Polkowic, który żoną Wiktorią słynie ze świątecznej iluminacji domu i ogrodu
– Ta historia wiąże się właśnie z naszymi dekoracjami. Dobrych kilka lat temu, w pierwszym dniu Bożego Narodzenia świętujemy sobie z rodziną przy stole. Nagle wpadają ludzie i krzyczą, że dach się pali! Jak się okazało, zapaliły się węże świetlne. Od razu odciąłem zasilanie.
Na drugi dzień ludzie szli do kościoła, a my po drabinie na dach. Wszystko było do wyrzucenia. Na drugi rok musieliśmy zaczynać od nowa.
.
Wiesław Woźniak, wieloletni dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych w Złotoryi
Pamiętam, jak w 1978 roku do naszej szkoły zaprosiliśmy Mikołaja dla dzieci pracowników placówki. Mikołaj przed wręczeniem prezentu mojemu sześcioletniemu synowi Marcinowi, poprosił go o opowiedzenie jakiegoś wierszyka. Syn wyrecytował taki wiersz: “Gdyby tygrysy jadły irysy, to by na świecie nie było źle, bo każdy tygrys irysy by gryzł, a mięsa wcale nie”. Dodam, że prawie wszystko było wtedy na kartki, cukier, mięso itp. Jeździło się pociągiem z Legnicy do Gliwic, gdzie można było kupić dużo więcej. Po wierszyku na sali zapanowała więc lekka konsternacja. Nikt nie bił braw, nie gratulował dziecku. Nawet Mikołaj nie wiedział, jak się w tej sytuacji zachować. Ostatecznie Marcin dostał paczkę. Po wszystkim koledzy mówili: “Wiesiek, będziesz miał kłopoty”. Na szczęście sprawa przeszła bez echa.
Był rok 1990, pierwszy raz w historii mieliśmy organizowaną wigilię w szkolę. Byłem wtedy jeszcze nauczycielem przedmiotów budowlanych. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Na stołach barszcz z uszkami, kutia i inne świąteczne potrawy – nie kupione, ale przygotowane przez nas. Do świetlicy, gdzie odbywała się uroczystość, przybył też lubiany przez uczniów ksiądz Zbigniew Wichrowicz, który często grał z nimi w piłkę. Dodam, że religia dopiero co weszła do szkół. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy przyszło do dzielenia się opłatkiem. Moi koledzy i koleżanki, którzy na co dzień ze sobą nie rozmawiali lub byli pokłóceni, teraz zupełnie szczerze i ze łzami w oczach wzajemnie sobie wybaczali i składali życzenia. Nauczycielki, które na radach siadały zwykle po dwóch stronach sali, tym razem siadały koło siebie i rozmawiały. To była naprawdę wyjątkowa Wigilia, myślę, że nie tylko dla mnie.

Kolejna historyjka ma związek z “cudownym” uzdrowieniem podczas kolacji wigilijnej. To był chyba rok 1993. Jeszcze przed przystąpieniem do wieczerzy, moich czterech kilkuletnich wówczas wnuków, zaczęło wyciągać już prezenty spod choinki i wręczać je swojemu pradziadkowi, czyli mojemu ojcu. Ten tak się tym wzruszył, że zemdlał. Wtedy zrobiło się naprawdę gorąco. Część rodziny chciała wzywać karetkę, inni już byli gotowi samemu zawieźć dziadka na pogotowie. Wtedy moja żona, która z natury jest bardzo praktyczną kobietą, poszła do kuchni i na łyżeczkę nalała Sanostilu – to zwykły syrop na wzmocnienie dla dzieci. Gdy wlaliśmy go nieprzytomnemu, ten nagle wstał jak nowonarodzony. Przez kilka kolejnych lat nie zdradzaliśmy dziadkowi, co go tak cudowanie postawiło na nogi.
Marcin Swenderski, oficer prasowy komendy Państwowej Straży Pożarnej w Legnicy
Przez 12 lat służby zmianowej przeżyłem wiele dni świątecznych czy sylwestrowych wieczorów w pracy, z kolegami strażakami. Co ciekawe, te dni były zazwyczaj bardzo spokojne. Najwidoczniej wszyscy skupiają się wtedy na przygotowaniach i celebrowaniu, co potwierdzają nasze statystyki. Znacznie więcej dzieje się chyba w komendzie, gdzie wspólnie przygotowujemy Wigilię. Jest podział obowiązków, każdy przynosi produkty i… gotujemy! Lepimy pierogi, smażymy karpia. Strażacy to świetni kucharze! Muszę przyznać, że kiedy zacząłem pracować w komendzie, nie potrafiłem gotować. Spotkałem jednak starszych kolegów, którzy przez te lata nauczyli mnie bardzo wiele. Wystarczy dziś zapytać moją żonę. Potwierdzi, że potrafię przyrządzić wszystko!
Wigilia w mundurze? Żal był zawsze, bo nie spędzaliśmy tego wyjątkowego czasu z rodzinami, ale była choinka, wszystkie potrawy, odświętnie przystrojony stół i grono kolegów. Przecież ktoś musi pracować, żeby inni mogli świętować.
Leszek Chrzanowski, trener Olimpii Jawor, który pewnego razu omal nie spędził świąt w więzieniu
– W 1981 roku prowadziłem wtedy drużynę męską Transportowca. 10 grudnia wyjechaliśmy na mecz do Nowej Soli. Jechaliśmy autobusem, na którego burtach był olbrzymi napis „NSZZ Solidarność”. Po wygranym spotkaniu pojechaliśmy do Zielonej Góry. Na meczu z AZS-em atmosfera była dziwna. Mówiono nam, że coś się dzieje, że jakiś stan wojenny. Przegraliśmy 3:0. W drodze powrotnej na ulicach było pusto. Dopiero w okolicach Lubina zaczęliśmy wyprzedzać… czołgi. Przy wjeździe do Legnicy zatrzymała nas milicja. Do autobusu wpadli uzbrojeni milicjanci i zarzucili nam, że jesteśmy bojówką „Solidarności”, a takich trzeba aresztować. Ostatecznie odeskortowano nas do Jawora i wszczęto dochodzenie. Po wyjaśnieniach zwolniono nas, ale zakład, który wynajął nam autokar, musiał zamalować napisy. To epizod, który zawsze wspominam na święta, bo wówczas już nimi żyliśmy, a mogliśmy je spędzić inaczej niż w domu.
Agata Bończak, dyrektor Centrum Edukacji Przyrodniczej w Lubinie
Pierwsza historia związana ze świętami i lubińskim zoo, jaka przyszła mi do głowy, dotyczy zeszłorocznej szopki bożonarodzeniowej przy zagrodzie zwierząt gospodarskich. Oprócz figur, choinek i kolorowego oświetlenia były tam oczywiście nasze zwierzaki, a wśród nich Leon, kuc szetlandzki.
Zwierzęta przy szopce były wielką atrakcją zwłaszcza dla dzieci, które z frajdą mogły przebywać bardzo blisko nich i karmić sianem. Podczas jednego z popołudni przy szopce, gdy właśnie Leon reprezentował inwentarz, usłyszałam jak dzieci wołają do niego: „Basia! Basia!” i czekają z sianem w rękach. Rozbawiło mnie to, bo Leon, zazwyczaj chętny do zjedzenia wszelkich smakołyków, zachowywał się, jakby wcale nie widział rączek z sianem. Wytłumaczyłam dzieciom, że to jest pan kuc i ma na imię Leon, jednak zdecydowanie wolały dalej wołać na niego „Basia”. Leon oczywiście pozostał niewzruszony na takie nawoływania.
Według tradycji w wieczór wigilijny zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, ale wygląda na to, że bardzo dobrze rozumieją naszą mowę cały czas. Swoją drogą, ciekawe co miałyby do powiedzenia nasze zwierzaki?
Izabela Owczarek, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Głogowie
Kilka lat temu, moja córka na święta Bożego Narodzenia zaprosiła do nas kolegę, z którym studiowała w Mediolanie. Kolega pochodzi z Indii, z bardzo bogatej rodziny, otoczonej służbą, ma nawet swojego szofera.
Pierwsze zaskoczenie było już na początku, kiedy przyjechał do nas w cieniutkiej kurtce i butach, które zupełnie nie odpowiadały porze roku. Drugim zaskoczeniem dla niego było to, że mamy takie małe mieszkanie i tyle osób – a było nas wtedy ośmioro – może się zmieścić przy jednym stole. Kolejnym zaskoczeniem było, że taką kolację przygotowuje tylko jedna osoba, czyli ja, i że nie ma służby, która by ją podała. Chłopak zdziwiony był także ilością potraw na stole i zastanawiał się, kto to wszystko zje. Nie smakował mu barszcz, na szczęście przygotowałam też takie potrawy, które mogłyby trafić w jego kulinarne gusta.
Najśmieszniejsze jednak było to, że moja córka powiedziała mu o naszej rodzinnej tradycji – ja wręczając prezenty zawsze się przebieram, na przykład zakładam na głowę jakąś śmieszną perukę czy czapkę. Kiedy po kolacji nadszedł moment wręczania prezentów, poszłam do pokoju i założyłam zieloną perukę z warkoczami. Kiedy on to zobaczył, był w szoku, ale szybko zareagował i też założył czapkę renifera, bo myślał, że my się tak wszyscy przebieramy, a bardzo mu zależało, żeby się wpisać w tę naszą tradycję. Wyglądało to bardzo komicznie i już do końca wieczoru się z tego śmialiśmy.
Wyjątkowość tych świat polegała też na tym, że młodsza część stołu rozmawiała po angielsku i ta konwersacja była dość płynna, natomiast starsza część stołu próbowała wytłumaczyć coś koledze, mówiąc do niego coraz głośniej, myśląc że on wtedy zrozumie. Więc było naprawdę bardzo głośno i śmiesznie. Ta wielokulturowość i dwujęzyczność trafiła pod naszą blokową strzechę i były to inne święta, ale bardzo miło je wspominam.
Piotr Woźniakiewicz, Komenda Powiatowa PSP w Polkowicach
– Kilka lat temu podczas kolacji wigilijnej, a pełniłem wtedy dyżur domowy oficera operacyjnego, otrzymałem dyspozycję od dyżurnego stanowiska kierowania, że na dziewiątym piętrze w wieżowcu przy ulicy Hubala pali się mieszkanie. Kiedy dotarłem na miejsce, strażacy już prowadzili działania ratowniczo-gaśnicze. Jak się potem okazało, pożar powstał od świeczki stojącej przy choince. Ze względu na dużą wysokość i brak możliwości bezpośredniego dojazdu do budynku drabiną ratowniczą akcja była utrudniona. Żeby nie wyważać drzwi do palącego się mieszkania, strażacy weszli po balkonie z sąsiedniego mieszkania. Na szczęście w środku nikogo nie było. Jak się później okazało, lokatorka mieszkania świętowała dwa piętra niżej. Gdy słyszała duży ruch na korytarzu, wyszła zobaczyć, co się stało. Kiedy dotarło do niej, że chodzi o jej mieszkanie, zaczęła krzyczeć do strażaków z pretensjami, że najpierw podpalili jej mieszkanie, a teraz je gaszą!
Mieczysław Michalski, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Jaworze
– Z perspektywy osoby dorosłej patrzę na moje dziecięce Wigilie. Zawsze u mnie było siano pod obrusem. Ktoś powie: prawie każdy na święta je ma. Ale u nas w domu wyciągało się jedno źdźbło, żeby zobaczyć, kto będzie dłużej żył.
Druga rzecz, którą pamiętam, to jak ciocia zbierała sztućce i wychodziła na dwór, żeby nimi dzwonić, bo zwyczaj mówił, że z tej strony, z której na ich dźwięk zaszczekał pies, przyjdzie narzeczony. U nas zawsze nasz pies szczekał pierwszy, ale ciocia i tak została mężatką, ma dzieci i jest babcią. Być może ta wróżba przyniosła jej szczęście.
Urszula Murzyńska, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Integracji i Usamodzielniania DOM w Głogowie
W młodości pracowałam w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym. Jako wychowawca w internacie spędzałam święta z podopiecznymi. Nie było jeszcze wtedy naszych mieszkań chronionych. W internacie pozostała grupa dzieci, które nie miały dokąd pójść. Stojąc w oknie razem zaglądaliśmy do okien innych mieszkań. Kiedy tak staliśmy, w pewnym momencie dzieci powiedziały do mnie: „A tam już się zapala choinka i siadają do stołu”. I wtedy pomyślałam sobie, że dobrze by było, aby coś takiego powstało, żeby oni też mogli godnie i szczęśliwie żyć. To była moja motywacja to tego, aby powstały mieszkania chronione i stowarzyszenie DOM.
Halina Głowacka, dyrektorka Szkoły Podstawowej w Jerzmanicach Zdroju
Święta wspominam bardzo miło. Dawniej na co dzień nie jadło się wędlin czy cytrusów; tylko na święta. W naszym domu Wigilia zawsze była postna, nie było też żadnego alkoholu. Zanim usiedliśmy do stołu, wypatrywaliśmy przez okno pierwszej gwiazdki. Kolację zaczynaliśmy zawsze modlitwą i czytaniem Pisma Świętego, a dzielenie się opłatkiem rozpoczynał tata. Po kolacji obowiązkowo się szło na pasterkę, a do kościoła mieliśmy cztery kilometry ze Skorzynic do Zbylutowa. Choinka kiedyś zawsze musiała być żywa, a wszystkie ozdoby, oprócz bombek, robione były własnoręcznie. Ja do tej pory piekę pierniki z dziurką i wieszam na choinkę. Jeśli chodzi o prezenty, dawniej każdy kupował je wszystkim, a dzisiaj ciągniemy losy, kto kogo obdaruje.
Pamiętam, jak byłam mała i w kościele organizowali Mikołaja. Bardzo chciałam tam iść, ale tata mnie nie puścił. Jakie było moje zdziwienie, gdy wieczorem ministranci przynieśli mi paczkę. Do tej pory nie wiem, kto ją przygotował.
W pierwszy dzień świąt spotykała się tylko rodzina, a w drugi chodziło się po domach albo do nas przychodzili znajomi. Pamiętam też jak przychodziły Herody – tak mówiliśmy zawsze na kolędników. Bardzo mi się ten zwyczaj podobał. To było prawdziwe przedstawienie.
Pamiętam też, jak byliśmy kiedyś na weselu w Skorzynicach w pierwszy dzień świąt i zawaliła się podłoga na piętrze. Na szczęście nikomu nic się wtedy nie stało. Tam też przyszły Herody, był diabeł, który straszył dzieci. Nasze dzieci były wtedy jeszcze bardzo małe i wywarło to na nich ogromne wrażenie.
Andrzej Sporczyk, Klub Abstynenta „Azyl” w Jaworze
– Po raz pierwszy byłem trzeźwy na Wigilii 26 temu. Spotkałem wtedy ludzi, którzy byli bardzo życzliwi dla mnie i dla całej mojej rodziny, bo na Wigilię do Klubu przyszliśmy całą rodziną. To były pierwsze moje święta, na których pamiętam, co się ze mną działo. Nie wstydziłem się tego, wręcz przeciwnie – byłem dumny, że jestem trzeźwy i spędziłem ten dzień radośnie.
Potem były kolejne święta spędzone w Stowarzyszeniu, ale tę pierwszą trzeźwą Wigilię będę pamiętał do końca życia.
.
Monika Lichodziejewska, urzędniczka z Grębocic
– Gdy miałam czternaście lat, rodzice pojechali w Wigilię do Głogowa, bo takie to czasy były, że w małych wioskach nie było można kupić wszystkiego. Gdy wyjeżdżali, zaczął prószyć drobny śnieg, czym wspólnie z rodzeństwem byliśmy zachwyceni. Nasza radość nie trwała zbyt długo. Śnieg padał coraz mocniej, a do tego strasznie wiał wiatr.
Zbliżał się wieczór, a rodzice nie wracali. Nie mieli przy sobie telefonu, więc nie mogliśmy się z nimi skontaktować. Mimo wszystko ja wspólnie z bratem i naszą cudowną sąsiadką, panią Stefcią, przygotowaliśmy kolację wigilijną. Bardzo baliśmy się o rodziców. Pani Stefcia powiedziała, że święta Bożego Narodzenia to czas cudów. I miała rację. Rodzice wrócili do domu przed północą, zmarznięci i głodni. Okazało się, że żadna droga, którą próbowali wyjechać z Głogowa nie była przejezdna. Napadało tyle śniegu, że utknęli w zaspie. Razem z innymi kierowcami wspólnymi siłami próbowali zmierzyć się z tym żywiołem, bo każdy pragnął wrócić do swoich bliskich.
Dlatego życzę wszystkim nie tylko zdrowych i wesołych, ale przede wszystkim takich świąt, by nikogo przy stole wigilijnym nie brakowało, ponieważ obecność bliskich w takich chwilach jest najważniejsza.
